null

Las Bielański, czyli warszawska rafa koralowa

Drukuj otwiera się w nowej karcie

W ubiegły weekend odwiedziłam rafę koralową.

– Jak to? Przecież ty nie latasz samolotem – zdziwiliby się znajomi. Zgadza się, ale rafę koralową można zobaczyć w Warszawie. Wystarczy wybrać się na Bielany.

Rafy koralowe, razem z lasami tropikalnymi, należą do najcenniejszych ekosystemów przyrodniczych na ziemi. Zbudowane z wapiennych szkieletów koralowców są siedliskiem nieprzebranych rzeszy organizmów. Zajmują 0,2% powierzchni dna oceanów, a goszczą 25% wszystkich morskich gatunków. Ich przetrwaniu zagrażają skutki zmiany klimatu. Rafy koralowe są kwintesencją „cenności”.

W skali Warszawy na miano „rafy koralowej” zasługuje Las Bielański. Tak uważa Michał Książek, pisarz i poeta, przyrodnik z zawodu i pasji. Kiedy nadarza się okazja udziału w prowadzonej przez niego wycieczce po Lesie Bielańskim, od razu się zgadzam. W gronie kilku osób stawiamy się w umówionym miejscu „pod dębem”. Miejsce nieprzypadkowe, bo w „Warszawskiej Rafie Koralowej” to właśnie drzewa odgrywają rolę tętniących życiem koralowców ciepłych mórz.

Michał rozdaje nam miniaturowe lupki z latarkami. To kluczowy rekwizyt do „ćwiczeń ze zdziwienia”, które serwuje uczestnikom wycieczek. Chce, żebyśmy weszli w bliski kontakt z przyrodą, zobaczyli to, co niewidoczne... Chwilę potem z oczami uzbrojonymi w szkła powiększające studiujemy korę powalonego grabu.

To, co widzimy potwierdza trafność metafory. Zmurszały pień pokrywa jasnobłękitny porost fałdowany niczym glon. Pod korą przycupnęła stonoga, która nie jest owadem, tylko skorupiakiem (kolejny element wspólny z rafą koralową). Scenkę jak z filmów Jacquesa Cousteau dopełnia żywozielony mech: zroszony przez Michała wodą pęcznieje, upodabniając się do łanu wodorostów. Obok kroczy długonogi pająk.

Stare i martwe drzewa to, podobnie jak rafa koralowa, siedliska tętniące życiem. Pełne są czeluści i szpar, w których można się ukryć lub założyć gniazdo. Dzięcioły wykuwają w nich dziuple. Nawet taki mocarz, jak dzięcioł czarny, także mieszkaniec Lasu Bielańskiego, z trudem kuje w świeżym drewnie. To także żerowisko wielu organizmów, od grzybów po kręgowce. Według naukowców więcej gatunków żyje na martwym drzewie niż na żywym.

Obecność sędziwych drzew stanowi o unikalności Lasu Bielańskiego. Mimo ingerencji człowieka zachowały się tu drzewostany liczące 300–400 lat. Główne tworzywo Lasu Bielańskiego to grądy – lasy z przewagą grabu i dębu. Są piękne. Pomiędzy drzewami ściele się dywan delikatnych kwiatów, przetykamy tu i ówdzie opadłym konarem i oświetlony mleczną poświatą słońca filtrowanego przez liście. W oczach stają mi obrazy z Puszczy Białowieskiej, w której spędziłam kilka sezonów obserwacji ornitologicznych. 

Rzeczywiście część Lasu Bielańskiego to pozostałość Puszczy Mazowieckiej. Naszej rodzimej puszczy nizinnej, która niegdyś porastała Polskę. Przetrwały tu nie tylko rzadkie gatunki roślin, zwierząt czy grzybów, ale też procesy przyrodnicze typowe dla prastarej kniei. Zwierzęta zachowują się tu inaczej niż w zwykłych lasach, dostarczając materiału do badań biologom. Las Bielański jest ostoją bioróżnorodności niezwykłą w skali miasta i kraju. Od 2011 r. rezerwat jest częścią Europejskiej Sieci Natura 2000.

Zatrzymujemy się obok okazałego dębu. Wygląda jak po ostrzale: okorowany pień zdobią otwory jak po kulach. To ślady kozioroga dębosza, rzadkiego chrząszcza, zależnego od martwych drzew. Jego larwa wygryza w drewnie tunele grubości palca (co każdy z nas sprawdza, po kolei wkładając palce do starych otworów).

„W języku leśników takie drzewa nazywa się »złomem«” – mówi Michał. „A przecież wiemy, że pełnią one ważną rolę w przyrodzie. Dlatego ja mówię o nich »wielkodrzewy«, »ostańce«, »matuzalemy«” – tłumaczy Michał.

Zdaniem Michała język kształtuje nasze postrzeganie rzeczywistości. Dziś słownictwo, którym opisujemy przyrodę wywodzi się z nauki lub gospodarki. I jest mocno ułomne. Na przykład „las” w języku administracji leśnej to zarazem teren zrębu, gdzie drzewa wycięto, i młodnika, gdzie dopiero je zasadzono. „Las” to jednogatunkowa plantacja na potrzeby produkcji drewna i drzewostan zbliżony do naturalnego, który jest cenny przyrodniczo i pochłania więcej dwutlenku węgla. Potrzebujemy pilnie nowego języka, który pozwoli nam docenić przyrodę, zachwycić się nią, poczuć z nią więź, a w efekcie lepiej ją chronić. Dlatego Michał mówi o „metrach szczęściennych” (w kontrze do „metrów sześciennych (drewna)”), a koronę drzewa nazywa „liściastym szeleścieniem”. Taka korona to dużo więcej niż część drzewa, to zbawienny cień i kojący szum liści. 

Utworzona przy Instytucie Reportażu Szkoła Ekopoetyki powstała z potrzeby alternatywnej narracji o przyrodzie. Na portalu instytutu czytamy: „Kryzys ekologiczny to przede wszystkim kryzys wyobraźni”. Ustawienie człowieka w pozycji tego, który ma prawo tylko czerpać z natury to jeden z błędów współczesnej cywilizacji. „Wyzwaniem dla wyobraźni jest znalezienie drogi poza ten destrukcyjny schemat.”

„Jeśli chcemy skutecznie chronić przed osuszaniem mokradła – bezcenne rezerwuary dwutlenku węgla – nie możemy dłużej używać określenia »bagno«” – przekonuje Michał. Takie przykłady można mnożyć

Kątem oka patrzę na uczestników wycieczki. Siedmioro ludzi z lupkami pochyla się nad zmurszałym konarem, który zdobią żółte grudki. „Pacynki z pianki budowlanej”, „silikon”, „wyroby z Lukullusa”, padają skojarzenia. „To śluzowce” – podpowiada Michał. „Organizmy jednokomórkowe, o których nie wiadomo, czy to zwierzęta czy rośliny. Potrafią się przemieszczać. Znajomy ustawia w domu przemyślne labirynty, w których śluzowce znajdują najkrótszą drogę do wyjścia”. Michał zawiesza na chwilę głos, po czym z entuzjazmem oświadcza: „Czy zauważyliście, że minęło półtorej godziny, a my zrobiliśmy raptem 200 metrów?

Autor: Katarzyna Udrycka