null

Podlewski: Dlaczego króla porwano na Bielany?

Drukuj otwiera się w nowej karcie

Dwieście pięćdziesiąt lat temu odbył się jeden z najdziwniejszych zamachów politycznych w historii Polski. Grupa konfederatów barskich porwała króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i, po wywiezieniu go na Bielany, zgubiła się w lesie. Musiałem napisać o tym powieść – mówi w rozmowie z „Naszymi Bielanami” Adam Podlewski, autor książki „Marymonckie młyny”.

Przemysław Burkiewicz: Panie Adamie, skąd wziął się pomysł na napisanie książki o porwaniu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego?

Adam Podlewski, dziennikarz, pisarz oraz autor książki „Marymonckie młyny”: Powiedziałbym raczej, że to pomysł wpadł na mnie. Urodziłem się na Bielanach, wychowałem na Marymoncie-Rudzie, pod Lasem Bielańskim, i już od dzieciństwa przebywałem w tej okolicy, która, jak odkryłem już na studiach, była całkiem ciekawym obszarem historycznym, na którym rozegrał się ten dramat, to dziwaczne wydarzenie z nocy z 3 na 4 listopada 1771 roku. Przez dwadzieścia kilka lat życia zupełnie nie miałem pojęcia o historii porwania Stanisława Augusta, ale będąc młodym człowiekiem dorastającym w okolicy, spędzałem czas w tutejszym lesie. Już wtedy czułem, że to miejsce jest jakieś dziwne, że jest otoczone jakąś dziwaczną aurą, której nie jestem w stanie dokładnie wytłumaczyć. 
Kiedy dowiedziałem się, że w tym miejscu zgubiło się czterdziestu konfederatów barskich usiłujących dokonać jednego z najdziwniejszych zamachów politycznych w historii Polski, stwierdziłem, że być może coś nam umyka. Chodzi mi o to, że nie tylko historycy i leśnicy powinni opisać te dziwaczne okolice Lasu Bielańskiego i ujścia Rudawki, ale być może jest to zadanie właśnie dla pisarza. 

Dlaczego ten zamach był dziwny?

Dziwny dlatego, że się nie udał. Poza tym dziwny był sam pomysł zamachu. Przypomnijmy, że jest to moment, kiedy konfederaci barscy po ponad trzech latach walk są już zupełnie zdesperowani i zdemoralizowani. Porwanie monarchy? Jest to pomysł rozpaczliwy, a w rozpaczy nawet rozsądni ludzie czasami sięgają po bardzo nierozsądne środki. Nikt tak naprawdę nie wie, czym ten zamach miał się zakończyć, jakie były jego cele. Sami schwytani zamachowcy zarzekali się, że nie mieli zamiaru krzywdzić króla, a jedynie zmusić go do abdykacji. No cóż, oskarżenia o próbę zamordowania Najjaśniejszego Pana pojawiały się właściwie od dnia samych wydarzeń. Nie wiadomo więc, czym miała się skończyć owa dziwna przygoda (a biorąc pod uwagę, że skończyła się w sposób absurdalny z powodu nieudolności zamachowców), ale jest to wydarzenie bardzo ciekawe m.in. dla historii Polski, a i samego panowania Stanisława Augusta. Ale może jest też jakimś „widoczkiem” w głąb polskiej duszy, która mimo wszystko jest zazwyczaj zbyt spokojna, by dopuszczać się przemocy politycznej, a tym bardziej królobójstwa. 

Stanisław August nie jest dziś postrzegany jako chlubna postać w historii Polski. A czy w tamtych czasach, 250 lat temu, zwykli ludzie wiedzieli, że nie jest to najlepszy monarcha? Przecież podniesienie ręki na króla było wtedy czymś tak potwornym, że nikt nawet sobie tego nie wyobrażał.

Na pewno ludzie, którzy żyli 250 lat temu, myśleli zupełnie inaczej. Doceniano, że wraz z panowaniem Stanisława Augusta zapanował względny spokój. Starsi ludzie, pamiętający straszne czasy wojen saskich, epidemii i klęsk głodu, cieszyli się z każdego pozoru spokoju. Świadomość, że Poniatowski nie był królem silnym i niezależnym, była absolutnie powszechna. Nawet jeśli oficjalne źródła historyczne – choćby w przypadku tego porwania – mówią o wielkiej radości mieszkańców Warszawy, pozwalam sobie na kartach powieści nieco powątpiewać w tę szczerą radość warszawiaków dotyczącą losów ich władcy.

Król został porwany poza wały miejskie. Jak wyglądały tereny, na których się teraz znajdujemy? Wiemy, że rósł las, przez okolicę przepływała Rudawka, nad którą stały młyny. Ale jak wyglądał Marymont, Bielany czy Buraków albo Słodowiec?

Warszawę tamtego czasu znamy dobrze z malarstwa Canaletta. Jest to ewenement, ponieważ wiemy, jak wyglądało ówczesne centrum miasta. Canaletto starał się także przedstawiać tę Warszawę biedniejszą, codzienną. Jednak wszystkie okoliczne osady i wioski są dla nas zupełnie nieznane, poza mapami i okazjonalnie wykonywanymi rycinami. Warszawa wówczas kończyła się na Okopach Lubomirskiego. Tereny Bielan, Marymontu i okolic Lasu Bielańskiego, kilka dekad przed rozwojem Instytutu Agronomicznego, były po prostu dziewicze i dzikie. Rudawka, Młyny oraz klasztor były tu najważniejszymi punktami. Trakt Zakroczymski (dzisiejszy ciąg ulic Słowackiego – Marymoncka – Pułkowa, przyp. red.) nie odgrywał ważnej roli. Dzięki temu te okolice, tajemnicze i puste, znajdujące się tuż przy prężnie rozwijającej się stolicy, były po prostu niezwykłe i magiczne, jednocześnie idealne jako arena do bardzo ciekawych historycznie zdarzeń. 

Skąd czerpał pan informacje do opisywania ówczesnej rzeczywistości?

Przyznaję, że dość odważnie popuściłem tutaj wodze fantazji. Przebieg tych wydarzeń znamy głównie z jednej perspektywy. Mamy zdecydowaną większość akt sądowych z procesu pochwyconych sprawców. Mamy również oficjalnie wydane pamiętniki króla. Nie są to oczywiście źródła obiektywne. Szczególnie pamiętniki opisują męstwo, opanowanie, jasny umysł i zdrowy rozsądek samego Najjaśniejszego Pana. Postanowiłem więc wczuć się w ludzi po obu stronach tego wydarzenia. Ludzi, którzy w najmniejszy sposób nie byli przygotowani do tego wydarzenia. Stres i nieznajomość lasów podstołecznych były trudnością dla obu stron. Owszem, król bywał w tych okolicach na polowaniach, jednak nigdy nie poruszał się po lesie bez obstawy, bez orszaku. Wyobrażałem więc sobie, co zarówno król, jak i jego porywacze, czuli w tak niezwykłej sytuacji. 

Gdyby w tym momencie mógł pan cofnąć się w czasie o 250 lat, to co chciałby pan zobaczyć? Stanisławowską Warszawę, a może właśnie te dzikie przedmieścia z młynami na Słodowcu i Marymoncie? Wolałby pan zjeść ucztę na dworze królewskim czy może posłuchać rozmów konfederatów?

To jest bardzo podchwytliwe pytanie! Nie jestem przekonany, czy miałbym dar do przekonania każdej ze stron do jakiegoś porozumienia, które kilka miesięcy przed porwaniem króla nie było wcale nie do pomyślenia. Niektórzy historycy oceniają marszałka Lubomirskiego jako tego, który chciał pojednać obie strony sporu. Gdybym został jakimś cudem przeniesiony do roku 1771, to bardzo chciałbym zobaczyć te miejsca, które wryły mi się w pamięć jako bardzo nowoczesne. Byłby to z pewnością Marymont-Ruda. Z chęcią udałbym się na dwór, jednak nie tyle interesowałoby mnie życie dworskie, ile coś, co umyka źródłom, czyli codzienność służby, żołnierzy, zwykłych warszawiaków, wszystkich tych ludzi, którzy nigdy nie są bohaterami pięknych obrazów, kronik ani opowieści. Oni z cała pewnością – gdybym ich do tego przekonał – opowiedzieliby mi wiele pasjonujących historii. 

A jakie są pańskie ulubione miejsca na współczesnych Bielanach?

Nie da się ukryć, że tutaj człowiek musi poddać się potędze natury. Las Bielański, jako zielone i bliskie mi miejsce, jest sercem całej dzielnicy. Także dziki, niezagospodarowany brzeg wiślany. Ujście Rudawki. To właściwie te miejsca, które kocham – i im niejako złożyłem hołd, pisząc „Marymonckie młyny”.

Rozmowa ukazała się w gazecie “Nasze Bielany” nr 1/2022.