null

Młocińskie szmelcarnie

Drukuj otwiera się w nowej karcie
Zdjęcie: Łój do wyrobu mydeł i świec pozyskiwano ze zwierząt gospodarskich. Bydło u wodopoju, F. Grospietsch, 1819 r. (Biblioteka Narodowa)

Dziewiętnastowieczne topialnie łoju, wyjątkowo cuchnący wątek historii naszej dzielnicy, stanowiły istotną gałąź tutejszego przemysłu.

Łój zwierzęcy – wołowy, barani lub owczy – był dawniej podstawowym materiałem do wyrobu mydeł oraz tanich świec łojówek, służył także jako smar. Surowy tłuszcz, świeżo pozyskany z zabitego zwierzęcia, najpierw dokładnie oczyszczano z żył, błon i ścięgien, potem dzielono go na małe kawałki, które następnie przetapiano na wolnym ogniu w dużym kotle z wodą. Wydzielający się przy tym zapach, a raczej odór, był ciężki do wytrzymania. Wytopiony łój przecedzano przez sita bądź płócienne worki, oddzielając skwarki. Gotowy, wyklarowany półprodukt o białej lub szarawej barwie poddawany był dalszej obróbce w mydlarni.

Zakłady zajmujące się wytopem łoju na skalę przemysłową nazywano potocznie szmelcarniami albo szmelcami – od niemieckiego czasownika „schmelzen” oznaczającego „topić”, „wytapiać”. Pokrewnymi wyrazami są zresztą „smalec” (gwarowo „szmalec”) oraz „szmelc”.

Pierwsza młocińska szmelca

W październiku 1822 r. Rada Administracyjna Królestwa Polskiego wydała decyzję o zakazie wytopu łoju w granicach Warszawy i zarządziła, że „szmelcarnie, to jest topielnie łoju, jako smród szkodliwy zdrowiu sprawujące, do Młocin wyniesionemi być winny” (pisownia oryginalna). Młociny wówczas wchodziły w skład dóbr ziemskich rodziny de Poths. Zakłady usytuowano na uboczu, przy polnej drodze biegnącej na zachód od wsi („szmelcarnia za zwierzyńcem w Młocinach założoną być ma”), czyli w rejonie dzisiejszego skrzyżowania ulic Dzierżoniowskiej i Balaton. Murowane i drewniane zabudowania przemysłowe są widoczne na kilku starych planach okolic Warszawy, m.in. francuskojęzycznym z 1829 r. oraz rosyjskojęzycznym z ok. 1845 r. O budynku zwanym „Szmelcą”, krytym karpiówką i posiadającym „325 łokci kubicznych murów”, wspominają ogłoszenia sprzedaży w „Kurjerze Warszawskim” z lata 1837 r.

W tej lokalizacji – po zachodniej stronie szosy zakroczymskiej, czyli ul. Pułkowej – szmelcarnia działała ponad dwie dekady. Została zlikwidowana w związku z przeprowadzeniem przez tereny majątku Ludwika Pothsa odcinka linii telegrafu optycznego, łączącej dwie kluczowe fortyfikacje carskiej armii: warszawską cytadelę i twierdzę Modlin zwaną przez Rosjan „Nowogieorgijewsk”. Poths, jak zapisano w umowie, „odstąpił [...] prawo widoku do używania ruchów tegoż telegrafu”. Cała linia liczyła prawie 30 kilometrów. Telegraf optyczny stanowił system rozmieszczonych co kilka kilometrów wieżyczek z masztami o ruchomych ramionach, za pomocą których telegrafiści pokazywali znaki odpowiadające poszczególnym literom, cyfrom i hasłom. Sygnały obserwowano przez lunety. Przypominało to znaną z harcerskich zbiórek grę w nadawanie znaków za pomocą chorągiewek, tylko w dużo większej skali.

Pomiędzy wieżyczkami, w pasach terenu o szerokości 30 sążni (ok. 50 metrów), nie mogły znajdować się budowle, drzewa, ani inne przeszkody zakłócające widoczność. Umowa między Zachodnim Okręgiem Inżynierii a Pothsem dopuszczała wprawdzie pozostawienie dwóch z kilku budynków szmelcarni („dwa domy do topienia łoju po 20 łokci długości i po 13 łokci szerokości w dotychczasowem umieszczeniu pozostać mogą”), ale ostatecznie i te obiekty wkrótce rozebrano. Z czasem do zachodniej części Młocin przylgnęła nazwa „Za starą szmelcą”.

W lasku na rogu ulic Balaton i Dzierżoniowskiej widać na ziemi prostokątne zagłębienia. Kto wie, być może są to obrysy fabrycznych zabudowań sprzed dwustu lat.

Nowa fabryka

Kolejna topialnia łoju powstała w latach 1852-1853 w lesie po wschodniej stronie szosy zakroczymskiej, na południowym brzegu kanału młocińskiego. Czterej warszawscy fabrykanci mydła i świec – Wilhelm Liedtke, Wilhelm Adolph, Karol Henneberg i Karol Aquilino – wydzierżawili od Pothsów morgę gruntu (przeszło pół hektara) pod budynki fabryczne. Fragmenty umowy z 1852 roku zacytowała Ewa Pustoła-Kozłowska na łamach „Naszych Łomianek” (7/2003). Ustalono, że „zabudowania zakładu tej topialni nie mogą się znajdować bliżej jak w odległości 300 łokci [ok. 170 metrów] od szosy”. Dziedzic Poths ponadto zezwolił na użytkowanie brzegu Wisły między ujściem kanału młocińskiego a karczmą w Burakowie w celu „spławiania drzewa i innych materiałów do ruchu fabryki potrzebnymi być mogących, jako też w razie potrzeby do wysyłki wyprodukowanego towaru wodą w strony dalsze”. Zgodnie z nakazem warszawskiego oberpolicmajstra, surowy łój bydlęcy do przetopienia można było wywozić z miasta do Młocin wyłącznie przez rogatkę marymoncką (znajdującą się w pobliżu późniejszego pl. Wilsona). Nowa szmelca widnieje na mapach z drugiej połowy XIX w., podpisywana po rosyjsku „Salnyj zawod”.

Jerzy Kasprzycki w jednym z felietonów z cyklu „Warszawskie pożegnania” trafnie zauważył, że „wytapianie łoju było swoistą specjalnością dziewiętnastowiecznych Młocin”. Szmelcarnia młocińska „numer dwa” była bowiem swego czasu jedynym tego typu zakładem w całej guberni warszawskiej. Zatrudniała kilku pracowników, którzy mieszkali wraz z żonami i dziećmi na terenie zakładu, w zaduchu smrodliwych wyziewów (współczuję!). W księgach metrykalnych parafii kiełpińskiej, w obrębie której znajdowała się topialnia, zanotowano nazwiska szmelcarskich rodzin – Sawickich, Dąbrowskich, Wojtkiewiczów i Głosików – oraz fabrycznych woźniców Ciecierskiego i Orłowskiego.

Na początku lat 70. XIX w. łojowym rynkiem wstrząsnął kryzys, wywołany nagłym upowszechnieniem się lamp naftowych, które wypierały używane dotychczas świece łojówki. O ile w 1870 r. roczna produkcja młocińskiej topialni była warta 94,5 tys. rubli, to w następnym roku spadła do 55 tys., by w 1872 r. osiągnąć wartość zaledwie 42 tys. (ówczesna przeciętna dniówka warszawskiego robotnika fabrycznego to niecały rubel). Później dochody fabryczki zaczęły znów wzrastać.

Koniec przykrego zapachu

W ostatniej dekadzie XIX w. topialnię wydzierżawił kosmetyczny koncern „Fryderyk Puls”, należący od 1892 r. do Klementyny Nepros. Oprócz perfum, domeną „Pulsa” były mydła toaletowe. Wyroby z młocińskiego półsurowca produkowano w fabryce przy ul. Daniłowiczowskiej, a sprzedawano w firmowym sklepie przy ul. Wierzbowej. Właścicielka firmy wynajmowała od Pothsów również willę Syberia – która stała na terenie obecnego zespołu przyrodniczo-krajobrazowego „Dęby Młocińskie” – dokąd przyjeżdżała na wypoczynek.

A skoro o relaksie mowa, to właśnie w czasach belle epoque Młociny stały się modnym kierunkiem masowej rekreacji warszawiaków, którzy przypływali parostatkami spod Starówki. Ratusz Warszawy dostrzegł ten trend i w lipcu 1907 r., po trzyletnim targowaniu się z dziedzicem Adolfem Pothsem, zakupił 113 hektarów lasu między szosą a Wisłą z myślą urządzenia podmiejskiego parku. Projekt, rzecz jasna, nie przewidywał dalszego istnienia śmierdzącej szmelcarni. „Goniec Wieczorny” z 23 listopada 1907 r. pisał: „Z topielni tej wydziela się swąd, czyniący [...] pobyt w lasku niemożliwym”.

Kontrakt na dzierżawę szmelcy wygasał w październiku 1910 r. i niedługo po tym terminie fabryka została zlikwidowana. W „Kurjerze Warszawskim” z 13 listopada 1910 r. firma „Fryderyk Puls” ogłosiła wyprzedaż wyposażenia zakładu: „Kocioł parowy, buljerowy 4-5 atmosfer ciśnienia [...] pompa zasilająca parowa, komunikacje rur parowych z wentylami; 10 parników drewnianych i 6 takichże kadzi do studzenia, wagi dziesiętne oraz różne inne sprzęty i przybory po zwijającej się topielni łoju w Młocinach”.

Spacerowicze mogli więc odetchnąć pachnącym, leśnym powietrzem. Po zabudowaniach drugiej szmelcy nie pozostał żaden ślad. Dokładnie w jej miejscu projektant Parku Młocińskiego, Stanisław Rutkowski, zaplanował przydrożny, półkolisty placyk, który z czasem zupełnie zarósł drzewami. Znajdował się on tuż obok mostku nad kanałem, przy głównej alei.

Autor: Mateusz Napieralski