null

Bielany na pomoc ukraińskim uchodźcom

Drukuj otwiera się w nowej karcie

10 minut. Co można zrobić w tak krótkim czasie? Zjeść kanapkę, zaparzyć herbatę... To przecież tylko chwila. Irina miała właśnie tyle czasu, by wrzucić do walizki najpotrzebniejsze rzeczy, pożegnać bliskich, przytulić wiernego psa, ostatni raz spojrzeć na ulubioną filiżankę... 10 minut na zamknięcie swojego dotychczasowego życia, które od tego momentu stało się tylko wspomnieniem. Irina, to jedna z tysięcy uchodźczyń, które uciekły z ogarniętej wojną Ukrainy i znalazły schronienie na Bielanach.

Tu z pomocą i wsparciem ruszyli bielańscy wolontariusze. Kim są ci, którzy wyciągnęli do uchodźców pomocną dłoń?

Czy spodziewałam się, że na Ukrainie wybuchnie wojna? Nie, absolutnie nie. Gdy obudziłam się 24 lutego, nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Jak to, dlaczego?! – opowiada 18-letnia Ilona Vikhtodenko, która od 5 lat mieszka i uczy się w Polsce.

Część najbliższych jest razem z Iloną Vikhtodenko w Polsce, ale nie wszyscy.

Mój brat jest żołnierzem, kiedy wybuchła wojna zadzwonił do cioci i powiedział, że za pół godziny ruszają na front. Przez kilka dni nie mieliśmy z nim kontaktu – opowiada. – Moja mama bardzo płakała, że babcia została w Ukrainie, tam cały czas Rosjanie prowadzili ostrzał – mówi. Ale nie jest łatwo opuszczać swój dom, decyzja o ewakuacji była odwlekana. – Któregoś dnia mój wujek, który jest oficerem w armii ukraińskiej, zadzwonił do cioci i uprzedził, że w ich miejscowości będzie masakra, że mają niewiele czasu, muszą uciekać, by ratować życie – opowiada Ilona.

Mieli zaledwie kilkanaście minut na spakowanie się, zabranie dokumentów, lekarstw, pożegnanie się z tymi, którzy muszą zostać. W sumie do Warszawy dotarło 20 osób z jej rodziny. Na początku wszyscy przebywali w jednym mieszkaniu. Czy narzekali na ciasnotę? Nie w sytuacji, gdy wiedzieli, że są z dala od wybuchających bomb, że są bezpieczni. Teraz dzięki bielańskim wolontariuszom większość osób znalazła miejsce u polskich rodzin, a sama Ilona pomaga, tłumacząc z ukraińskiego lub rosyjskiego na polski w bielańskich punktach przyjęcia uchodźców, bierze też udział w darmowych zajęciach sportowych dla ukraińskich dzieci.

Zaledwie 10 minut na opuszczenie domu w Ukrainie miały także dziewczyny, które pod swój dach przyjął jeden z bielańskich wolontariuszy – Grzegorz Lenartowicz. Często jest tak, że Ukraińcy, którzy chcą wydostać się z bombardowanej miejscowości, dostają telefon z informacją, że w danym miejscu czeka bus i jeśli stawią się w ciągu kilkunastu minut, to wyjadą, jeśli nie – ich miejsce zajmie ktoś inny. A ewakuacja w późniejszym terminie może być niemożliwa – opowiada. Uciekają z jedną walizką, a często nawet i bez tego, wybiegają niemal tak, jak stoją, zabierając tylko paszporty.

Pomoc to coś naturalnego

Kiedy uciekający przed okrucieństwem wojny dotarli na granicę z Polską, po drugiej stronie czekali już na nich wolontariusze, zwykli ludzie oferujący pomoc. To był spontaniczny zryw ludzi dobrej woli, akcja, której skala zadziwiła zarówno Ukraińców, jak i samych Polaków. Trzeciego dnia wojny, w sobotę nad ranem, w kierunku granicy ruszył z przyjaciółmi i samochodami wypełnionymi darami – Patryk Utowka, społecznik, pracownik bielańskiego urzędu dzielnicy.

Zgłosiliśmy się do punktu recepcyjnego, że możemy kogoś zabrać z sobą. Początkowo nie było aż tylu chętnych, bo większość uciekających wolała pozostawać blisko granicy. Wtedy jeszcze wierzyli, że konflikt zaraz się skończy, a oni szybko wrócą do domów – opowiada Patryk Utowka. Część uchodźców nie mogła uwierzyć, że tyle Polaków chce im bezinteresownie pomóc. Kobiety bały się też wsiadać do samochodów obcych ludzi. Ostatecznie na podróż do stolicy zdecydowała się matka z dwójką dzieci. Chciała dostać się na lotnisko, skąd mieli odlecieć do rodziny mieszkającej w Dublinie.

Inny bielański wolontariusz udostępnił uchodźcom swoje mieszkanie.

Rozmawialiśmy z żoną, co możemy zrobić. Mamy dwoje dzieci i niewielkie mieszkanie, ale postanowiliśmy przyjąć na 2-3 dni osoby, które są przejazdem w Warszawie – opowiada Grzegorz Lenartowicz.

Do tej pory z ich pomocy skorzystały dwie młode kobiety z czteroletnim chłopcem i dwoma psami, oraz matka z dwoma dorosłymi córkami, które uciekały z bombardowanego Kijowa. Pan Grzegorz cały czas pomaga także w przy rozpakowywaniu i segregacji darów, jakie docierają na Bielany. Do tej pory wolontariuszom udało się tam przygotować ponad 2 tysiące paczek! To możliwe dzięki pomocy, jaka dociera tu z całej Polski, a nawet z Europy (np. z Holandii czy Portugalii).

Udało mi się przekonać do wsparcia nas nawet sponsorów z Holandii. Otrzymaliśmy już od nich kilka tirów – mówi Patryk Utowka.

Grażyna Kacprzak, która koordynuje pracą w magazynie, jakim stał się garaż siedziby urzędu, opowiada, jak wygląda praca w tym miejscu.

Jedna grupa wolontariuszy rozładowuje ciężarówki z produktami i umieszcza je w poszczególnych sektorach. Druga grupa wolontariuszy dostaje listę z rzeczami potrzebnymi dla konkretnych osób. Bywają dni, że dziennie wydają nawet 200 paczek. – Ale nie ma co liczyć paczek, bo tu liczy się tylko pomoc – zastrzega Grażyna Kacprzak, na co dzień pracownik bielańskiego urzędu.

Jak wolontariusze pracujący w magazynie sobie radzą z pracą, która nie tylko jest ciężka fizycznie, ale też trudna emocjonalnie?

Przez pierwsze dwa tygodnie trudno nam było opanować emocje, łzy same płynęły do oczu, ale my musimy być silni – tłumaczy Grażyna Kacprzak. – Nie mogę zapomnieć młodej, przestraszonej tym, co się dzieje i zagubionej, dziewczyny w 8 miesiącu ciąży. Przyszedł z nią do nas starszy pan, który zapewnił jej nocleg u siebie. Niestety, nie mieliśmy od ręki całej wyprawki. Zapewniłam ją, że jej dziecku niczego nie zabraknie, przygotowałam wszystko na drugi dzień, ale okazało się, że ona pojechała gdzieś dalej, do siostry. Nie ma z nią już kontaktu, i bardzo żałuję, że nie zdążyliśmy jej tego wszystkiego przekazać. Mam nadzieję, że ona wie, że chcieliśmy jej pomóc i że wszystko jest u niej dobrze – mówi Grażyna Kacprzak.

Czy można zapomnieć młodą kobietę, która z płaczem mówiła, że jej dziecko nie jadło niczego ciepłego od kilku dni? Takich dramatycznych historii jest tyle, ilu uchodźców.

Ponad 90 osób, które najgorzej radziły sobie z sytuacją, fizycznie i psychicznie, trafiło do Katolickiego Centrum Kultury Dobre Miejsce.

Zwykle w tym okresie przyjmujemy wiernych, którzy chcą wziąć udział w rekolekcjach. Ale teraz nie mogliśmy postąpić inaczej. Zaopiekowaliśmy się kobietami z dziećmi i osobami starszymi, które były w najsłabszej kondycji i trudno byłoby się im odnaleźć w halach noclegowych – tłumaczy ks. Paweł Walkiewicz.

Ale jako pierwszych księża przyjęli u siebie... marokańskich studentów, których wojna zastała w Ukrainie. Kiedy zajęła się nimi ambasada Maroka, wyjechali do swoich domów lub na Zachód Europy, ich miejsca zajęły matki z dziećmi.

Opieka nad nimi wymaga wyczucia i delikatności. – Większość z nich to osoby, które uciekały z atakowanego przez Rosjan Charkowa i Kijowa – przyznaje. – Widzieli okropieństwa wojny. Gdy słyszeli przelatujący samolot, wpadali niemal w panikę. Hałas przypomina im bombardowanie ich domów – dodaje ksiądz.

Bielański ośrodek odwiedzili także hierarchowie – wysłannik papieża Franciszka oraz Bartłomiej I patriarcha Konstantynopola. Ogromnym wsparciem jest także proboszcz Wojciech Drozdowicz.

Wsparcie samorządowe

W pierwszych dniach wojny do Urzędu Dzielnicy Bielany zgłosiło się około pół tysiąca osób, chcących pracować jako wolontariusze. Setki inicjatyw zgłaszanych przez mieszkańców Bielan wsparła systemowa pomoc urzędu. Na Bielanach zostały zorganizowane miejsca noclegowe dla Ukraińców. Punkty noclegowe znajdują się w halach sportowych przy ul. Staffa 3/5 oraz przy ul. Lindego 20 (Centrum Rekreacyjno-Sportowego Bielany).

Wszyscy rozumiemy powagę sytuacji, więc kiedy tylko usłyszeliśmy od burmistrza Pietruczuka, że w centrum będziemy otwierać punkt dla uchodźców, od razu wzięliśmy się do pracy. Od tygodni staramy się zapewnić tym ludziom, którzy do nas trafiają, możliwie jak najbardziej komfortowe warunki. Szczególnie dzieciom. Aby mogli odpocząć od trudów długiej podróży. Odpocząć od tego, co widzieli w Ukrainie. Mam świetny zespół i wszyscy dali z siebie nie sto, a trzysta procent. To zaszczyt i przyjemność pracować z takimi ludźmi – mówi Anna Szymczak-Gałkowska, dyrektor CRS Bielany.

Część osób jest zakwaterowana również w internacie przy LIX Liceum Ogólnokształcące Mistrzostwa Sportowego im. Janusza Kusocińskiego. Drugi punkt noclegowy powstał w hali sportowej CXXII Liceum Ogólnokształcącego im. Ignacego Domeyki, gdzie do działania bardzo szybko zmobilizowała się społeczność szkolna oraz sportowcy z Bielańskiego Klubu Kyokushin Karate. Bez ich wsparcia nie udałoby się uruchomić punktu w niecałe 72 godziny. Ze strony Samorządu Szkolnego działania koordynował Mikołaj Piołun-Noyszewski. Natomiast ze strony klubu sportowego koordynacją zajął się Mariusz Mazur. Miał trudne zadanie, bo konieczna była zmiana organizacji działania klubu, w którym na co dzień trenują setki dzieci i młodzieży. Wszyscy stanęli na wysokości zadania.

Na liście instytucji samorządowych zaangażowanych w pomoc nie mogło zabraknąć bielańskich OPS-ów.

Czasem mam wrażenie, że wszyscy przełączyliśmy się na tryb robota-maszyny z wielkim bijącym sercem. Moi pracownicy już od pierwszych dni inwazji włączyli się w działania pomocowe, niesystemowe tylko takie zupełnie oddolne: jeździli na dworce, byli wolontariuszami, wspierali, karmili, pocieszali, a potem rano stawiali się w pracy gotowi realizować swoje obowiązki. Kolejnym etapem naszych zadań, który trwa do dziś, jest łącznie Uchodźców z mieszkańcami Bielan, którzy ofiarowują swoje mieszkania dla ofiar wojny. Robimy to do dziś, szukamy dachu nad głową i polskiego rodzinnego ciepła dla uchodźców przebywających w naszych punktach relokacyjnych przy ul. Lindego i Staffa – relacjonuje Agnieszka Filipowicz, dyrektor OPS.

Pracownicy OPS zostali niemal zasypani lawiną wniosków, jakie urzędnicy muszą rozpatrzyć, aby uchodźcy otrzymali różnego rodzaju świadczenia. Do tego dochodzi dystrybucja pomocy rzeczowej.

To niesamowite, że nikt z nas w tym trudnym czasie nie jest naczelnikiem, burmistrzem, głównym specjalista czy dyrektorem. Jesteśmy kierowcami, pakowaczami, opiekunami, terapeutami. Gdyby nie Ci wszyscy ludzie pracujący niejednokrotnie po kilkadziesiąt godzin bez przerwy, nie moglibyśmy tak skutecznie pomoc tak licznej grupie osób – mówi Filipowicz. Dodaje, że zarówno pracownicy urzędów, jak i mieszkańcy Bielan po raz kolejny zdali test z człowieczeństwa. Tego samego zdania jest ksiądz Paweł Walkiewicz. – Nasz ośrodek budowano jako seminarium, a teraz słychać w nim śmiech dzieci. To taki niezwykły czas, bardzo trudny, ale też czas dziania się cudu – podsumowuje ks. Walkiewicz.

Zobacz galerię (9 zdjęć)